Opowieść z ruin · Wspólnota Mieszkaniowa
Robinsonowie
z Marszałkowskiej 21
Czterech mężczyzn. 115 dni w ruinach wypalonej kamienicy, w samym centrum niemieckiej dzielnicy Warszawy, obok głównej siedziby Gestapo przy Szucha. Każdy z nich cudem wyszedł z masowych egzekucji przed apteką Anca. Od 3 sierpnia do 26 listopada 1944 roku dzielili między sobą wannę, garnek grochówki i jedną, wspólną wolę życia.
- 4 Robinsonów
- 115 dni w ruinach
- ≥ 100 ofiar egzekucji
- 2 wysadzenia domu
Egzekucje przed apteką Anca. Czterej mężczyźni osobno wymykają się śmierci.
Wspólne życie w ruinach: regulamin, dyżury, wanna, piecyk bezdymny, grochówka.
Po dwóch wysadzeniach domu nocne wyjście z miasta. Wszyscy przeżywają wojnę.
Przed kamienicą odsłonięta zostaje tablica „Robinsonowie warszawscy”.
Egzekucje przed apteką Anca
Kiedy 1 sierpnia 1944 roku wybuchło powstanie, rejon Marszałkowskiej, Oleandrów i Placu Zbawiciela pozostał w rękach niemieckich — to była granica tzw. „dzielnicy policyjnej”, tuż obok głównej siedziby Gestapo przy al. Szucha. Atak na posterunki przy ulicy Litewskiej został odparty, a Niemcy ogłosili megafonami: ktokolwiek pokaże się na ulicy, będzie bez ostrzeżenia rozstrzelany.
W pierwszych dniach sierpnia Niemcy i kolaboranci z rosyjskiej brygady RONA — „własowcy” — przeprowadzili w tym rejonie masowe egzekucje ludności cywilnej. Mężczyzn, w tym chłopców od dwunastego roku życia, oddzielano od kobiet i dzieci, kładziono twarzą do chodnika na ulicy Litewskiej, rewidowano — zabierając zegarki i pierścionki — a następnie pojedynczo prowadzono „ruchem wahadłowym” w ulicę Oleandrów, pod mury apteki Anca na rogu z Marszałkowską. Tam padł strzał. Ciała wrzucano do piwnic, układając warstwami: ciała, deski, znów ciała — i podpalano.
Granitowa tablica Tchorka przy Marszałkowskiej 27/35 mówi o „około 200 Polakach” rozstrzelanych tu 3–5 sierpnia 1944 roku; historycy szacują, że w samych pierwszych dniach powstania zamordowano tam co najmniej 100 osób. Wśród mordowanych były też kobiety i księża wyprowadzeni z plebanii kościoła Zbawiciela. Z wszystkich egzekucji przed apteką — jak się wydaje — ocalało zaledwie kilku ludzi. Czterech z nich los zagnał do tej samej ruiny.
Czterech, którym udało się uciec
Antoni „Dudek” Czarkowski, szesnastoletni wysiedleniec z Poznania, stał nad stosem zwłok pod murem apteki, gdy usłyszał za sobą lekki trzask. Kula przeszła przez kark między kręgami i wyszła tuż pod szczęką. Ocknął się w ciemności, gdy własowiec obdzierał go z butów. „Błysk myśli: teraz albo nigdy” — wyrwał nogi oprawcy i jednym skokiem wpadł przez okienko do piwnicy. „Chłopak żyw! — i strzały”.
Zdzisław Michalik został z kościoła Zbawiciela wyznaczony do wrzucania trupów do piwnicy apteki. Zauważył, że Ukrainiec celuje do niego z karabinu — skoczył do piwnicy i przeleżał godziny pod zwłokami. Uciekł, gdy trupy podpalono. Władysława Tymińskiego własowcy wybrali do „zabawy”: kazali mu uciekać w płonącą aptekę, strzelając do uciekającego. Potknął się i upadł — przekonani, że go zabili, odeszli. Wstał nawet nie drśnięty. Jan Łatwiński, po tym jak sam wrzucał ciała do piwnicy, usłyszał za sobą komendę: „skacz!”. Wskoczył w mrok; strzał przeszedł na wylot przez prawe ramię. Przez kilka dni ukrywał się w piwnicach — zdesperowany, postanowił odebrać sobie życie, ale zmienił zdanie: uznał, że łatwiej będzie wyskoczyć przez okno najwyższego piętra. W drodze na górę trafił na pozostałych.
Spotkali się na podwórzu wypalonego domu — Czarkowski „czarny, osmolony, ubrany w strzępy, bez butów i koszuli, umazany krwi”. Wszyscy czterej byli przekonani, że poza nimi z egzekucji przed apteką nie ocalał nikt.
To błysk myśli: teraz albo nigdy. Wyrwałem mu jeszcze nogi z rąk i jednym skokiem wpadłem do okienka piwnicznego.
Antoni Czarkowski, wspomnienia



Rzeczpospolita Gruzu
Czterech mężczyzn „w różnym wieku, z różnymi życiowymi doświadczeniami” utworzyło samorządną wspólnotę, którą Czarkowski nazwał później Rzeczpospolitą Gruzu. Życie w wypalonej kamienicy rządziło się surowym regulaminem, przestrzeganym bezwzględnie — bo od niego zależało wszystko.
Azylem okazała się wanna na poddaszu — jedynym miejscu, gdzie można było uchronić się od żaru palącego się domu; leżeli w niej na zmianę. Wodę czerpano najpierw z pękniętych rur, potem z kranów w piwnicy, wreszcie z wanien w łazienkach — po filtracji, bo „jaki kolor miały ściany łazienki, taki też kolor miała woda”. Jedzenie „organizowano” nocami w piwnicach, aż odkryto zapomniane mieszkanie ze spiżarnią: worek mąki, torba grochu, balerony, boczek, miód, kompoty, wina i rumy — bez tego zapasu przetrwanie do listopada nie byłoby możliwe. Gotowano na małym żelaznym piecyku, opanowawszy do doskonałości sztukę palenia bez dymu — garnek grochówki z kluskami na ogniu z listewek struganych nożem z drzwi komórek.
Były i wieczory: karty rozgrywane o torbę pieniędzy inkasenta (podzieloną na cztery równe części — szybko uznano grę za bezsensowną), obowiązkowe opowiadanie „czegoś ciekawego z własnych przeżyć”, racje wódki. Po kilku kielichach Michalik wpadał w „ducha bojowego” i trenował z Czarkowskim plan ataku bagnetem na niemiecki patrol — po drodze zdobyć rkm i koszary. „Całe szczęście, że te wszystkie ataki kończyły się ciężkim kacem”.
Dramatów było więcej: 18 września, podczas alianckiego zrzutu z fortec, spadochron z pojemnikiem opadał prosto na ich dom — uratował ich podmuch wiatru, który przeniósł go na dach szpitala dziecięcego. Z balkonu byli świadkami egzekucji kobiety przed bramą fabryki „Motor”. W październiku Niemcy rozpoczęli systematyczne wysadzanie domów — a w końcu doszło do naszego. Kamienica wytrzymała pierwsze minowanie. Przy drugim zawaliły się dolne stropy i klatki schodowe. „Chwała budowniczym tego domu! Ten stan bardzo nam odpowiadał — dostęp do nas z dołu był bardzo utrudniony. Dalsze życie prowadziliśmy jak w bocianim gnieździe”.
Chwała budowniczym tego domu! Wytrzymał drugie wysadzanie. Dalsze życie prowadziliśmy jak w bocianim gnieździe.
Antoni Czarkowski, wspomnienia
Wyjście
W listopadzie dom bez dachu przeciekał, zima tuż-tuż, a woda stawała się towarem bezcennym. Postanowili się rozdzielić: Jan Łatwiński, wyposażony w suchy prowiant, papierosy, zapałki i pieniądze, wyszedł pierwszy — nad ranem dołączył do kolumny cywilów i wyszedł z Warszawy. Przeżył wojnę i odnalazł żonę. Pozostali trzej — ostrożnie, w obawie że Łatwiński mógł zostać złapany — opuścili ruiny następnego dnia.
„Po prawie czterech miesiącach jesteśmy znowu na ulicy. Wrażenie nie do opisania”. Buty owinięte kocami, plecaki uszyte z resztek, nocą przez Pole Mokotowskie, pomyłkowo przez niemieckie koszary, dalej Służewiec i szczery pole za granicami miasta. Ukrywali się tylko w ruinach — „całe, nie spalone domy nie budziły w nas poczucia bezpieczeństwa”. Dotarli do wsi Gorzkiewki, a po wyzwoleniu Michalik i Czarkowski wrócili do Warszawy w lutym 1945 roku — do miasta, które przestało istnieć.
Wszyscy czterej przeżyli wojnę. Ich wspomnienia i zeznania — złożone m.in. przed Warszawską Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich (protokół Łatwińskiego z 27 listopada 1945 r.) — stały się świadectwem zbrodni przed apteką Anca i codziennego, ekstremalnego życia w ruinach.
Tablica i pamięć
Antoni Czarkowski zmarł 10 lipca 2015 roku w Poznaniu, w wieku 87 lat — trzy miesiące przed odsłonięciem tablicy, o którą zabiegał. Jego córka, Małgorzata Czarkowska, ufundowała tablicę „Pamięci czterech Warszawskich Robinsonów, cywilnych ofiar Powstania Warszawskiego”. Współinicjatorem była Fundacja Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, Warsztat Warszawski i Stowarzyszenie Oleandrów, a organizatorem uroczystości — IPN „Przystanek Historia”, działający dziś w parterze naszej kamienicy.
2 października 2015 roku o 17:30 tablicę odsłonięto przed siedzibą Centrum Edukacyjnego IPN. Ceremonię otworzyła naczelnik Wiesława Młynarczyk, a zastępca prezesa IPN dr Paweł Ukielski przywitał gości: sztandar Gimnazjum nr 36 im. Krzysztofa Kieślowskiego z dyrektor Izabelą Rzepką, harcerzy i grupę rekonstrukcyjną w mundurach powstańczych. W salach Centrum Edukacyjnego odbyło się spotkanie z ostatnimi żyjącymi warszawskimi Robinsonami: Danutą Gałkową ps. „Blondynka”, Wacławem Gluth-Nowowiejskim ps. „Wacek”, Edwardem Mateckim ps. „Edek” i Mieczysławem Rybickim — którzy opowiadali o własnych miesiącach w ruinach.
Odkąd odchodzą ostatni Robinsonowie — Edward Matecki zmarł 30 grudnia 2015 r., Danuta Gałkowa 6 grudnia 2018 r., a Wacław Gluth-Nowowiejski w styczniu 2025 roku jako ostatni — ich świadectwa zyskują na wadze. Historia czwórki z Marszałkowskiej 21 trafiła do Wikipedii (polskiej i angielskiej), do książki Wacława Gluth-Nowowiejskiego „Nie umieraj do jutra” (2019), a wspomnienia Czarkowskiego — do zbioru „Exodus Warszawy” (PIW, 1993) i książki Jana Sidorowicza „Kulisy klęski Powstania Warszawskiego” (2009). Tablica na elewacji naszej kamienicy jest dziś jednym z niewielu materialnych śladów tej historii.
Mieszkańcom okolic ul. Oleandrów, Marszałkowskiej, Placu Zbawiciela i Unii Lubelskiej ma przypomnieć o miejscu zagłady — być może ich poprzednich sąsiadów, bliskich krewnych, znajomych…
Małgorzata Czarkowska, o fundowanej tablicy









Wszelkie prawa do materiałów należą do ich autorów i właścicieli.